środa, 21 września 2011

nowe dziergadła

posiadówki w domu obfitują w dziergadła. chociaż dziś Ania wyciągnęła mnie na spacer (3 okrążenia po parku! tempem emeryta i z postojami na ławkach ale zawsze). kolano ma się lepiej:]

rękawiczki, z mnóstwem błędów i w ogóle paskudności, z tego wzoru





oraz rozpoczęty wieki temu szalik z tęczowej kauni




wyszedł długi, średnio szeroki i z estońskim wzorem. jest jeszcze nie zablokowany i średnio dobrze się układa, ale i tak jestem z niego dumna:]

wtorek, 20 września 2011

dziergadła. zajawka

sport to zdrowie. pokazując młodzieży podczas festynu w ostatni piątek jak się gra w old schoolową grę klasy skręciłam sobie kolano. nie wiem jeszcze jak się mają moje więzadła (ortopedę mam dopiero za dwa tygodnie). potrafię się już co prawda przemieszczać po płaskich powierzchniach, w miarę sprawnie nawet, jednak schody ciągle pozostają dla mnie wielkim i nie do końca pokonanym wyzwaniem. kolano zaś trochę trzeszczy i momentami wygina się niespodziewanie w różnych kierunkach. zatem na razie siedzę (literalnie) w domu i dziergam.
co dziergam pokażę jutro.
wykańczam dawno rozpoczęte projekty, dziergam do tego sweter - na  który zabrakło mi surowca, i pozbywam się zapasów włóczkowych.
dodatkowo słucham sobie miedzy innymi tego: znowu mnie na himalayę wzięło a to za sprawą tej reklamówki. zalinkowałam dłuższą wersję, ale warto obejrzeć, chyba pierwszy raz widziałam tak ładnie zrobiony spot.

poniedziałek, 12 września 2011

krosna. część 2

rozpakowałam  krosna. i mam kłopot, gdyż nie mam pojęcia jak je złożyć. ramy mniej więcej ogarniam, ale mechanizmów pedałowo-nicielnicowych ni w ząb.



duże części są dość łatwe do opanowania i dedukcyjnego wywnioskowania ich przeznaczenia i funkcji. wśród drobiazgów z kolei są takie, których przeznaczanie nie pozostawia cienia wątpliwości, jednak sposób montażu już tak, oraz takie, co do których nie mam pojęcia jak je ugryźć. na przykład takie cudo:



jestem również zaskoczona mnogością nicielnic(?). większość jest sprytnie zbudowana z trzcinek, natomiast jedna z metalu


i teraz mam zagwozdkę, jak to wszystko zmontować :]

niedziela, 11 września 2011

olsztynek

przyjaciółka trzy tygodnie temu urodziła córkę. macierzyństwo nieco daje jej w kość i żeby choć troszkę poprawić jej nastrój wybraliśmy się we czwórkę (dziecię, kumpela, jej małżonek i ja) do skansenu w olsztynku. pogoda była przednia, ciepło i słonecznie, droga niemal pusta a skansen nieco senny, choć dość tłumnie odwiedzany.




chyba ostatnie tego lata tak cudownie kolorowe kwiaty:] obrastały okolice chałup i pola w sposób wielce malowniczy. gdzieniegdzie pasły się zwierzaki. widzieliśmy krówki, koniki sporo kurczaków i kur. gęsi i kaczki, i kozy oraz najważniejsze - małe stadko owiec.


w jednej z chałup zobaczyłam kołowrotek, śliczny, stary z trochę bezsensownie narzuconą garścią lnu. za to pod nim, w misce leżała sobie wełna ze skansenowych owiec, być może uda mi się ją dostać na własność. owiec w skansenie nie ma wiele, jednak są o tyle interesujące, że są to skudy:]
w chałupie stały również krosna! sprawne, osnute i z rozpoczęta robotą. pogadałam z panią kustoszką, zdobyłam numer telefonu do pani, która zajmuje się tkactwem w skansenie i mam nadzieję, że będę mogła nauczyć się czegoś niedaleko w sumie od domu.. jeśli to nie wyjdzie, zostaje mi kurs w Łucznicy. (po przeanalizowaniu bowiem wszystkich za i przeciw i ekonomii kurs w Łucznicy wydaje mi się bardziej opłacalny niźli kurs w Węgorzewie.)



pełna emocji przytachałam moje krosna z piwnicy do domu. leżą sobie teraz w pokoju (projektowanej sypialni vel dziecięcym, niebezpiecznie zmierzającym do zostania pracownią:])i czekają na składanie. po dogłębnych obserwacjach krosien ze skansenu dochodzę do wniosku, że moje są bardzo podobne:] martwię się tylko, czy mają wszystkie części :/, o czym, mam nadzieję, przekonam się jutro.

wypad do olsztynka był też okazja do testowania nowego aparatu, który dostałam od taty. jest świetny:]! (tata i aparat rzecz jasna. alpha 300)

środa, 7 września 2011

tak sobie po trochu o wszystkim:]

florence

chyba nigdy mi się nie znudzi.

czytam Martina, Pieśń Lodu i Ognia, jak chyba cały świat dookoła. i jestem zachwycona. mimo że momentami to braziliana, mimo że szczerze nie cierpię kilku bohaterów. przebijam się przez trzeci tom, czwarty już czeka w domu. uwielbiam Tyriona, mimo że jest Lannisterem. i Aryę Stark.

dziergam na drutach, tym razem sweter, i w dodatku dla mnie. nie mam pewności, czy dobrze wybrałam rozmiar, ale zapowiada się fantastyczni. i testuję z tej okazji Raverly. jest ok.

chwilowo krosna ciągle leżą w piwnicy.

sobota, 3 września 2011