zbieram się do napisania kolejnego posta o krosnach i snuciu i Łucznicy.
nie mam motywacji. w sumie, to do niczego nie mam motywacji.
tymczasem mój szmaciak z Łucznicy (coś mi bloger nie chce ze zdjęciami współpracować).
machnęłam na drutach ostatnio ekspresem męską czapkę, zdjęcia jeszcze nie obrobione, ale najważniejsze, że się spodobała i mimo że dziergana na oko zupełnie pasuje całkiem całkiem.
na drutach teraz mam kolejny tęczowy szalik z Kauni - i jest to niezwykły szalik- albowiem pierwsza moja sprzedażowa transakcja na ETSY!
na polu czytelniczym:
3/52 Zbigniew Lew-Starowicz, O kobiecie
warto, dobrze napisana i sporo wyjaśnia
4/52 Magdalena Orzeł, Dublin moja polska karma
z rozmyślań o emigracji
5/52 Sara Fawkes, Na każde jego żądanie
niskiego lotu erotyka powstała na fali popularności Greya. Wstyd mi, że przeczytałam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łucznica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łucznica. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 20 stycznia 2013
czwartek, 29 listopada 2012
rękawiczki z malabrigo
czekając na czas snucia krosien (i montowania krosien moich pięknych dużych i wspaniale zakonserwowanych^^ yay!) pokazuję mój dodatkowy urobek z warsztatów w Łucznicy. siedziałyśmy wieczorami w pokoju naszym, we cztery i każda z nas coś sobie dziergała. ze względu na dość dziwny (moim zdaniem) przepis/zasadę, mówiącą o "zakazie" przebywania w pracowniach po kolacji (po 18) musiałyśmy sobie jakoś wieczory zorganizować.
Ekipa z Łucznicy jakby nie było zapewniała nam rozrywki - bardzo bardzo zacne (kino w konferencyjnej, świetny hiszpański film Nieświadomi, oraz nocne wypały ceramików w rekonstrukcyjnym średniowiecznym piecu jamowym!); jednakowoż zajmowałyśmy się sobą również same.
Kasia-Rybka dziergała chustę (zdjęcie poglądowe nieco później), Kasia heklowała aniołki (poinstruowana przez nieocenioną panią Anię, która wie wszystko), Asia zaś robiła swoje przemycone krajki. a ja kończyłam moje zapasy malabrigo!
ponieważ odkryłam, że lubię dziać rękawiczki - udziegiwałam rękawiczki w formie mitenków.
jedna, dłuższa para ma już swojego nowego właściciela i grzeje łapki Eli Kuny Domowej, zaś już zupełnie zupełne końcówki przerabiam jeszcze na krótkie łapkogrzejki.
malabrigo jest cudowne. ekstra miękkie i ekstra kolorowe. obawiam się tylko, że w dużej powierzchni (swetra, a taki mi się marzy okrutnie, będzie zbyt pstrokato paciasty).
Ekipa z Łucznicy jakby nie było zapewniała nam rozrywki - bardzo bardzo zacne (kino w konferencyjnej, świetny hiszpański film Nieświadomi, oraz nocne wypały ceramików w rekonstrukcyjnym średniowiecznym piecu jamowym!); jednakowoż zajmowałyśmy się sobą również same.
Kasia-Rybka dziergała chustę (zdjęcie poglądowe nieco później), Kasia heklowała aniołki (poinstruowana przez nieocenioną panią Anię, która wie wszystko), Asia zaś robiła swoje przemycone krajki. a ja kończyłam moje zapasy malabrigo!
ponieważ odkryłam, że lubię dziać rękawiczki - udziegiwałam rękawiczki w formie mitenków.
jedna, dłuższa para ma już swojego nowego właściciela i grzeje łapki Eli Kuny Domowej, zaś już zupełnie zupełne końcówki przerabiam jeszcze na krótkie łapkogrzejki.
malabrigo jest cudowne. ekstra miękkie i ekstra kolorowe. obawiam się tylko, że w dużej powierzchni (swetra, a taki mi się marzy okrutnie, będzie zbyt pstrokato paciasty).
Etykiety:
druty,
etsy,
Łucznica,
o wszystkim i niczym,
wyprawy
niedziela, 25 listopada 2012
Akademia Łucznica
wróciłam. przez ostatni tydzień bawiłam na kursie tkactwa tradycyjnego w Akademii Łucznica w Łucznicy niedaleko Pilawy (pod Warszawą). Maiłam najfantastyczniejsza z możliwych nauczycielkę- panią Anię Bałdygę i najfantastyczniejsze z możliwych współspaczki - Kasię-Rykę, Kasię i Asię.
uwaga lojalnie ostrzegam, zdjęć będzie bardzo bardzo dużo.
kurs (trzeba dodać że był to kurs zawodowy, dający możliwość otwarcia własnej pracowni) odbywał się w bardzo zacnym, acz lekko zaniedbanym dworku. taki standard kolonijny, przynajmniej w budynku hotelowym (czworaki). skrzypiące parkiety, boazerie w pokojach, pokoje wieloosobowe (czwórki) i łazienka na korytarzu do wspólnego użytku (acz odnowiona i bardzo czysta). w cenie kursu jest zakwaterowanie i wyżywienie- panie kucharki bardzo się starają i jedzenie jest pyszne.
pracowania tkacka mieści sie w budynku hotelowym ( w drugim skrzydle) i jest dość obszerna. Akademia dysponuje pięcioma warsztatami tkackimi - cztery są pełnowymiarowe, drewniane i lekko podgryzane przez drzewne żyjątka, ostatni jest metalowy (głośno pracujący) i nieco mniejszy.
kurs zaczyna się od wprowadzenia do materiałoznawstwa i omówienia części składowych warsztatów. po pięciu dniach tkania i co ważniejsze przygotowywania krosien do pracy odkryłam z zadziwieniem, że moje duże domowe krosna są boskie. i że nie będzie mi tak ciężko je złożyć i przygotować do pracy. i że wszystkie części krosien, choć wyglądają na bardzo prowizoryczne (vide krzyżulec związany kawałkiem sznurka czy szmatki) są tak na prawdę w pełni przemyślane i nie można ich było wykonać lepiej.
nauczyłam się podczas kursu jak wykonać osnowę (yay!) i co ważniejsze jak osnuć krosna (jeszcze większe yay!) i jak tkać prosty splot płócienny na przykładzie szmacianego dywanika i wełnianego bieżnika. przez chwilę również przysiadłam do czteronicielnicowych jednak okazało się to dla mnie totalnym kosmosem (a nauka tkania dwuosnowówek i czteronicielnicówek jest tematem drugiego stopnia kursu).
zrobiłam osnowę na moje własne krosna, leży teraz bezpiecznie w sypialni-pracowni i czeka na chwilę wolnego kiedy to z pomocą Pana Męża zmontuję moje krosna. ^^
sporo jeszcze zostało do opowiedzenia o kursie, zatem ten post będzie miał część drugą. ^^
uwaga lojalnie ostrzegam, zdjęć będzie bardzo bardzo dużo.
| wieś Łucznica jest bardzo niewielka - spacer od tablicy do tablicy zajmuje jakieś 30 minut |
kurs (trzeba dodać że był to kurs zawodowy, dający możliwość otwarcia własnej pracowni) odbywał się w bardzo zacnym, acz lekko zaniedbanym dworku. taki standard kolonijny, przynajmniej w budynku hotelowym (czworaki). skrzypiące parkiety, boazerie w pokojach, pokoje wieloosobowe (czwórki) i łazienka na korytarzu do wspólnego użytku (acz odnowiona i bardzo czysta). w cenie kursu jest zakwaterowanie i wyżywienie- panie kucharki bardzo się starają i jedzenie jest pyszne.
| budynek główny ośrodka- tu mieszczą się sale konferencyjne, sala kominkowa, kuchnia, stołówka, część pokoi gościnnych i administracja |
pracowania tkacka mieści sie w budynku hotelowym ( w drugim skrzydle) i jest dość obszerna. Akademia dysponuje pięcioma warsztatami tkackimi - cztery są pełnowymiarowe, drewniane i lekko podgryzane przez drzewne żyjątka, ostatni jest metalowy (głośno pracujący) i nieco mniejszy.
| a to już ja męcząca metalowe krosna |
| i jeden z drewnianych warsztatów |
kurs zaczyna się od wprowadzenia do materiałoznawstwa i omówienia części składowych warsztatów. po pięciu dniach tkania i co ważniejsze przygotowywania krosien do pracy odkryłam z zadziwieniem, że moje duże domowe krosna są boskie. i że nie będzie mi tak ciężko je złożyć i przygotować do pracy. i że wszystkie części krosien, choć wyglądają na bardzo prowizoryczne (vide krzyżulec związany kawałkiem sznurka czy szmatki) są tak na prawdę w pełni przemyślane i nie można ich było wykonać lepiej.
| krzyżulec podczas nakładania osnowy na krosna |
| nakładamy osnowę |
| a tu snujemy juz same - Asia i Kasie-Rybka |
sporo jeszcze zostało do opowiedzenia o kursie, zatem ten post będzie miał część drugą. ^^
Subskrybuj:
Posty (Atom)

