Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 sierpnia 2013

Kudypy

od kilku lat obiecywaliśmy sobie wyprawę do arboretum w Kudypach. w końcu to tylko kilka kilometrów za miastem i nawet zwykłe autobusy tam dojeżdżają. tylko jakoś tak nigdy nie było nam po drodze.


budynek administracji. jest przepiękny i jeśli kiedykolwiek mielibyśmy budować dom, chcemy żeby wyglądał podobnie do tego. nic udziwnionego. 



a samo arboretum jest fajne. dużo dużo rozmaitych roślin. wiosną, gdy wszystko kwitnie, musi być tam szalenie ładnie. (mamy dziki plan wybrać się znowu na wiosnę, gdy zakwitną magnolie).


dziewięćsił bezłodygowy.

i moje zabawy aparatem. nie jestem mistrzem fotografii i raczej nie zostanę nim jeszcze długo :]


poziomki!

czwartek, 15 sierpnia 2013

mój pan mąż jest kochany

jak w tytule. :]

sam, z własnej nieprzymuszonej woli zabrał mnie do sklepu włóczkowego w Krakowie.


o tu :) i mogłam zaszaleć :]
teraz juz wiem, jak czuje się pan Mąż w sklepach z planszówkami. tyle dobra dookoła, wszystko piękne i na co tu się zdecydować? wielka zaletą sklepu jest możliwość pomacania włoczek. (a tanie niestety nie są, więc zawsze to miło sprawdzić łapkami czy miękkie, i połyskliwe i w ogóle jakie są). dzięki temu odkryłam, że nie każde malabrigo mi się podoba .




po wielu minutach oglądania w końcu udało mi się zdecydować.



Botany Lace. nie mam jeszcze pojęcia co z nich będzie, ale zgodnie z obietnicą, będzie to tylko dla mnie. (kolor w rzeczywistości jest zupełnie inny. szary melanż z przetarciami w bordo i fiolecie)
Zatem, mówiłam już, że mam najwspanialszego męża na świecie?

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

dawno mnie nie było

od wyjazdu na Hainekena trochę się porobiło i mam kilka zaległych postów, sukcesywnie je powrzucam.
nadal rozbijamy się festiwalowo, sporo się dzieje na drutach, trochę się dzieje również na balkonie:] po drodze robiłam również redakcję i korektę tekstów o teorii tańca. nigdy nie sądziłam, że notatki z wykładów z teorii językoznawczych jeszcze kiedyś mi się przydadzą.

nowa praca wydaje się już obłaskawiona, i już zaczyna mi powoli powszednieć. na pewno nie jest to moja ostatnia ostateczna praca ^^

właśnie wróciliśmy z coke festival w Krakowie (mimo, że obiecaliśmy sobie, że w tym roku do Krakówka się nie będziemy wybierać). ale Flo. a ja się jaram Flo, jak trawa na wiosnę.

pit stop w stolicy, jak zawsze na głowie Eli i Andrzeja. Naszym przyjaciołom powiększyła się ostatnio rodzina o dwóch, przecudnej urody chłopaków.


Dżersej i Louis, Sinkoty. Adoptowane dzięki akcji SinClubu. same słodkości, miauczące, bawiące się i w ogóle kochane.

spędziliśmy z nimi jeden wieczór i jeden poranek najgorętszego dnia tego lata, i jak zawsze w towarzystwie Kuny i TŻeta jej było nam szczególnie zacnie.

ruszyliśmy w drogę Polskim Busem (niezmiennie uwielbiam) i PKP (nie najgorzej). wśród stada dziewoi upstrzonych brokatem i w wiankach na głowach, czuliśmy się nieco nie na miejscu. takiego tłumu na peronie dawnom już nie doświadczyła.
Kraków, jak zawsze magiczny. mimo, że upał, mimo że nie było czym oddychać, mimo tłumu wszędzie. mieszkaliśmy tym razem na Kazimierzu, w ulubionym Moon Hostelu.

Coke Festival - taki mniejszy HOF. podobne rozwiązania logistyczne, smyczki i plany koncertów w dodatku do opasek. i festiwalowe autobusy również, aczkolwiek nieco gorzej zaplanowane niźli w Gdyni.
dwie sceny,niezłe nagłośnienie, niezły line-up. Biffy Clyro i Florence. Ogień. przezacne koncerty.



tym razem zrobiliśmy sobie leniwy Kraków, bez zwiedzania, za to z małymi wizytami w ulubionych miejscach. Obiad w Gruzińskim Chaczapuri , deser w pijalni Wedla na Rynku i najlepsze na świecie lody na Starowiślnej (na przeciwko hostelu!). plus nocna wyprawa tramwajem i spacery po Rynku.
małe-duże zakupy w likwidowanym empiku i do domu.

to był dobry weekend.

niedziela, 7 lipca 2013

opener

pojechali my na pierwszego pełnego openera.
nie spaliśmy co prawda na polu, ale mam nadzieję, że i tak się liczy :]

(zdjęcia z telefonu, kiepskiej jakości niestety)




i było mega dobrze. najlepszy koncert tego festiwalu to bez wątpienia Nick Cave and the Bad Seeds. Ogień. i genialny kontakt z publicznościa, Cave chodzący  po ramionach tłumu. po nim opener mógł się już skończyć.
świetnie budowana dramaturgia koncertu, przegenialne zakończenie "Push the sky away". warto było.

nie moje zdjęcie z internetu


świetnie zorganizowany jet opener. i dojazd co Gdyni, i bardzo sympatyczna akcja na dworcu w nocy z rozdawnictwem sponsorowanej wody. jestem pod wrażeniem jednym słowem, aczkolwiek znalazło się też nieco bydełka.

jeździmy na koncerty odkąd sami na te przyjemności zarabiamy i wydaje mi się, że dzięki temu doceniamy takie wypady bardziej niźli "hipsterska gimbusiarnia" bawiąca sie za kieszonkowe. huh.

przy okazji zaliczyliśmy sobie kilka małych wypraw po 3city.






jakby nie patrzeć, jednak lubie trójmiasto. a co tam :]



no i musiało znaleźć się kolejne zdjęcie branżowe :]

czwartek, 6 czerwca 2013

impact

"Jest coś perwersyjnego w Niemcach, śpiewających w Warszawie o maszerowaniu" - cytat z Pana Męża.

Rammstein!

pierwszy dzień festiwalu był fantastyczny. mimo deszczu/burz/gradobicia i mega zimna. i najdroższej chyba w naszym życiu herbaty wybawiliśmy się świetnie.

czwartek, 29 listopada 2012

rękawiczki z malabrigo

czekając na czas snucia krosien (i montowania krosien moich pięknych dużych i wspaniale zakonserwowanych^^ yay!) pokazuję mój dodatkowy urobek z warsztatów w Łucznicy. siedziałyśmy wieczorami w pokoju naszym, we cztery i każda z nas coś sobie dziergała. ze względu na dość dziwny (moim zdaniem) przepis/zasadę, mówiącą o "zakazie" przebywania w pracowniach po kolacji (po 18) musiałyśmy sobie jakoś wieczory zorganizować.
Ekipa z Łucznicy jakby nie było zapewniała nam rozrywki - bardzo bardzo zacne (kino w konferencyjnej, świetny hiszpański film Nieświadomi, oraz nocne wypały ceramików w rekonstrukcyjnym średniowiecznym piecu jamowym!); jednakowoż zajmowałyśmy się sobą również same.
Kasia-Rybka dziergała chustę (zdjęcie poglądowe nieco później), Kasia heklowała aniołki (poinstruowana przez nieocenioną panią Anię, która wie wszystko), Asia zaś robiła swoje przemycone krajki. a ja kończyłam moje zapasy malabrigo!
ponieważ odkryłam, że lubię dziać rękawiczki - udziegiwałam rękawiczki w formie mitenków.




jedna, dłuższa para ma już swojego nowego właściciela i grzeje łapki Eli Kuny Domowej, zaś już zupełnie zupełne końcówki przerabiam jeszcze na krótkie łapkogrzejki.

malabrigo jest cudowne. ekstra miękkie i ekstra kolorowe. obawiam się tylko, że w dużej powierzchni (swetra, a taki mi się marzy okrutnie, będzie zbyt pstrokato paciasty).

niedziela, 25 listopada 2012

Akademia Łucznica

wróciłam. przez ostatni tydzień bawiłam na kursie tkactwa tradycyjnego w Akademii Łucznica w Łucznicy niedaleko Pilawy (pod Warszawą). Maiłam najfantastyczniejsza z możliwych nauczycielkę- panią Anię Bałdygę i najfantastyczniejsze z możliwych współspaczki - Kasię-Rykę, Kasię i Asię.

uwaga lojalnie ostrzegam, zdjęć będzie bardzo bardzo dużo.

wieś Łucznica jest bardzo niewielka - spacer od tablicy do tablicy  zajmuje jakieś 30 minut


kurs (trzeba dodać że był to kurs zawodowy, dający możliwość otwarcia własnej pracowni) odbywał się w bardzo zacnym, acz lekko zaniedbanym dworku. taki standard kolonijny, przynajmniej w budynku hotelowym (czworaki). skrzypiące parkiety, boazerie w pokojach, pokoje wieloosobowe (czwórki) i łazienka na korytarzu do wspólnego użytku (acz odnowiona i bardzo czysta). w cenie kursu jest zakwaterowanie i wyżywienie- panie kucharki bardzo się starają i jedzenie jest pyszne.

budynek główny ośrodka- tu mieszczą się sale konferencyjne, sala kominkowa, kuchnia, stołówka, część pokoi gościnnych i administracja

pracowania tkacka mieści sie w budynku hotelowym ( w drugim skrzydle) i jest dość obszerna. Akademia dysponuje pięcioma warsztatami tkackimi - cztery są pełnowymiarowe, drewniane i lekko podgryzane przez drzewne żyjątka, ostatni jest metalowy (głośno pracujący) i nieco mniejszy.

a to już ja męcząca metalowe krosna

i jeden z drewnianych warsztatów


kurs zaczyna się od wprowadzenia do materiałoznawstwa i omówienia części składowych warsztatów. po pięciu dniach tkania i co ważniejsze przygotowywania krosien do pracy odkryłam z zadziwieniem, że moje duże domowe krosna są boskie. i że nie będzie mi tak ciężko je złożyć i przygotować do pracy. i że wszystkie części krosien, choć wyglądają na bardzo prowizoryczne (vide krzyżulec związany kawałkiem sznurka czy szmatki) są tak na prawdę w pełni przemyślane i nie można ich było wykonać lepiej.

krzyżulec podczas nakładania osnowy na krosna
nauczyłam się podczas kursu jak wykonać osnowę (yay!) i co ważniejsze jak osnuć krosna (jeszcze większe yay!) i jak tkać prosty splot płócienny na przykładzie szmacianego dywanika i wełnianego bieżnika. przez chwilę również przysiadłam do czteronicielnicowych jednak okazało się to dla mnie totalnym kosmosem (a nauka tkania dwuosnowówek i czteronicielnicówek jest tematem drugiego stopnia kursu).

nakładamy osnowę



a tu snujemy juz same - Asia i Kasie-Rybka
zrobiłam osnowę na moje własne krosna, leży teraz bezpiecznie w sypialni-pracowni i czeka na chwilę wolnego kiedy to z pomocą Pana Męża zmontuję moje krosna. ^^

sporo jeszcze zostało do opowiedzenia o kursie, zatem ten post będzie miał część drugą. ^^

piątek, 16 listopada 2012

rękawiczki

poszły już w świat, stąd zdjęcia bardzo kiepskie, na szybko przy suszeniu zrobione. w komplecie z szalikiem i czapka. wszystko z tęczowej kauni.

znikam teraz na tydzień w wielki świat. warszawa a chwilę później przystanek w Łucznicy na kursie tkackim.

UPDATE: rękawiczki są do wzięcia

czwartek, 16 sierpnia 2012

urlop

przed urlopem już chyba nie zdążę pokazać nowych udziergów (woalka dla Sceny Off DE BICZ i kilka chust)  i nowych lalek (laka-sobowtór Domi się tworzy i nabiera kształtu).

wracamy (do cywilizacji i dostępu do internetu) za tydzień, może półtora.
^^

niedziela, 13 maja 2012

dziewiarki są wszędzie

ostatni tydzień spędziliśmy w gościnie u Roberta i Paulinki (która swoją drogą robi genialne modelinowe kolczyki-owoce) koncertowo-festiwalowo.
byliśmy w Palladium na Foster the People - bardzo dobry, krótki (1:15h)acz energetyczny koncert oraz Sonisphere Festival- przegenialne. spełnianie marzeń z dzieciństwa (zobaczyć Metallicę na żywo) jest cudowne. sporo jeszcze takich marzeń do spełnienia nam zostało ^^

a że dziewiarki są wszędzie przekonaliśmy się na Placu Zamkowym:



czwartek, 5 kwietnia 2012

Dobrý den, Praha! (01-04.04.2012)




Praga pełna murali

przepiekny kościół na Rynku Starego Miasta, do którego można wejść przez sklep muzyczny:]

Katedra rulez

w Katedrze św. Wita



widok z wieży ratuszowej. tam jest miliard wież, ale na wszystkie warto wejść:]

krótki praski urlop. dla złapania dystansu i podładowania akumulatorów. było przezacnie i już chcę z powrotem.

wtorek, 6 grudnia 2011

gdańsk-sopot 3-5.12

dostałam zamówienie na gadżety reklamowe dla Teatru Off de BICZ. w ostatni weekend byłam w 3city by je dowieźć na miejsce. przy okazji załapałam się na mini kiermasz rękodzieł wszelakich. a przede wszystkim odwiedziłam Marzenkę, zwiedziłam jej mikro-cele i przegadałam mnóstwo czasu.byłyśmy w kinie - same na sali i tylko z jednym biednym panem z obsługi, który musiał z nami zostać w pracy do końca:d. (pozdrawiam pana z Heliosa w Gdańsku). polansowałam się na monciaku, wymarzłam na molo i opiłam super kawy. polansowałam się również w galerii bandyckiej i pojeździłam kolejką. poznałam sporo fajoskich ludzi

to był bardzo udany,acz bardzo intensywny weekend. jeszcze go odsypiam:D

garść zdjęć:

mewy na molo. strasznie wiało:]

informacja  w gablocie przed teatrem o kiermaszu:] i wieelkie zdjęcie mojego królika:D

a tu podziwiam grzybka inhalacyjnego w parku w sopocie