zbieram się do napisania kolejnego posta o krosnach i snuciu i Łucznicy.
nie mam motywacji. w sumie, to do niczego nie mam motywacji.
tymczasem mój szmaciak z Łucznicy (coś mi bloger nie chce ze zdjęciami współpracować).
machnęłam na drutach ostatnio ekspresem męską czapkę, zdjęcia jeszcze nie obrobione, ale najważniejsze, że się spodobała i mimo że dziergana na oko zupełnie pasuje całkiem całkiem.
na drutach teraz mam kolejny tęczowy szalik z Kauni - i jest to niezwykły szalik- albowiem pierwsza moja sprzedażowa transakcja na ETSY!
na polu czytelniczym:
3/52 Zbigniew Lew-Starowicz, O kobiecie
warto, dobrze napisana i sporo wyjaśnia
4/52 Magdalena Orzeł, Dublin moja polska karma
z rozmyślań o emigracji
5/52 Sara Fawkes, Na każde jego żądanie
niskiego lotu erotyka powstała na fali popularności Greya. Wstyd mi, że przeczytałam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tkactwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tkactwo. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 20 stycznia 2013
niedziela, 25 listopada 2012
Akademia Łucznica
wróciłam. przez ostatni tydzień bawiłam na kursie tkactwa tradycyjnego w Akademii Łucznica w Łucznicy niedaleko Pilawy (pod Warszawą). Maiłam najfantastyczniejsza z możliwych nauczycielkę- panią Anię Bałdygę i najfantastyczniejsze z możliwych współspaczki - Kasię-Rykę, Kasię i Asię.
uwaga lojalnie ostrzegam, zdjęć będzie bardzo bardzo dużo.
kurs (trzeba dodać że był to kurs zawodowy, dający możliwość otwarcia własnej pracowni) odbywał się w bardzo zacnym, acz lekko zaniedbanym dworku. taki standard kolonijny, przynajmniej w budynku hotelowym (czworaki). skrzypiące parkiety, boazerie w pokojach, pokoje wieloosobowe (czwórki) i łazienka na korytarzu do wspólnego użytku (acz odnowiona i bardzo czysta). w cenie kursu jest zakwaterowanie i wyżywienie- panie kucharki bardzo się starają i jedzenie jest pyszne.
pracowania tkacka mieści sie w budynku hotelowym ( w drugim skrzydle) i jest dość obszerna. Akademia dysponuje pięcioma warsztatami tkackimi - cztery są pełnowymiarowe, drewniane i lekko podgryzane przez drzewne żyjątka, ostatni jest metalowy (głośno pracujący) i nieco mniejszy.
kurs zaczyna się od wprowadzenia do materiałoznawstwa i omówienia części składowych warsztatów. po pięciu dniach tkania i co ważniejsze przygotowywania krosien do pracy odkryłam z zadziwieniem, że moje duże domowe krosna są boskie. i że nie będzie mi tak ciężko je złożyć i przygotować do pracy. i że wszystkie części krosien, choć wyglądają na bardzo prowizoryczne (vide krzyżulec związany kawałkiem sznurka czy szmatki) są tak na prawdę w pełni przemyślane i nie można ich było wykonać lepiej.
nauczyłam się podczas kursu jak wykonać osnowę (yay!) i co ważniejsze jak osnuć krosna (jeszcze większe yay!) i jak tkać prosty splot płócienny na przykładzie szmacianego dywanika i wełnianego bieżnika. przez chwilę również przysiadłam do czteronicielnicowych jednak okazało się to dla mnie totalnym kosmosem (a nauka tkania dwuosnowówek i czteronicielnicówek jest tematem drugiego stopnia kursu).
zrobiłam osnowę na moje własne krosna, leży teraz bezpiecznie w sypialni-pracowni i czeka na chwilę wolnego kiedy to z pomocą Pana Męża zmontuję moje krosna. ^^
sporo jeszcze zostało do opowiedzenia o kursie, zatem ten post będzie miał część drugą. ^^
uwaga lojalnie ostrzegam, zdjęć będzie bardzo bardzo dużo.
| wieś Łucznica jest bardzo niewielka - spacer od tablicy do tablicy zajmuje jakieś 30 minut |
kurs (trzeba dodać że był to kurs zawodowy, dający możliwość otwarcia własnej pracowni) odbywał się w bardzo zacnym, acz lekko zaniedbanym dworku. taki standard kolonijny, przynajmniej w budynku hotelowym (czworaki). skrzypiące parkiety, boazerie w pokojach, pokoje wieloosobowe (czwórki) i łazienka na korytarzu do wspólnego użytku (acz odnowiona i bardzo czysta). w cenie kursu jest zakwaterowanie i wyżywienie- panie kucharki bardzo się starają i jedzenie jest pyszne.
| budynek główny ośrodka- tu mieszczą się sale konferencyjne, sala kominkowa, kuchnia, stołówka, część pokoi gościnnych i administracja |
pracowania tkacka mieści sie w budynku hotelowym ( w drugim skrzydle) i jest dość obszerna. Akademia dysponuje pięcioma warsztatami tkackimi - cztery są pełnowymiarowe, drewniane i lekko podgryzane przez drzewne żyjątka, ostatni jest metalowy (głośno pracujący) i nieco mniejszy.
| a to już ja męcząca metalowe krosna |
| i jeden z drewnianych warsztatów |
kurs zaczyna się od wprowadzenia do materiałoznawstwa i omówienia części składowych warsztatów. po pięciu dniach tkania i co ważniejsze przygotowywania krosien do pracy odkryłam z zadziwieniem, że moje duże domowe krosna są boskie. i że nie będzie mi tak ciężko je złożyć i przygotować do pracy. i że wszystkie części krosien, choć wyglądają na bardzo prowizoryczne (vide krzyżulec związany kawałkiem sznurka czy szmatki) są tak na prawdę w pełni przemyślane i nie można ich było wykonać lepiej.
| krzyżulec podczas nakładania osnowy na krosna |
| nakładamy osnowę |
| a tu snujemy juz same - Asia i Kasie-Rybka |
sporo jeszcze zostało do opowiedzenia o kursie, zatem ten post będzie miał część drugą. ^^
poniedziałek, 9 lipca 2012
krosna sprzedam
sprzedaję krosna. o te
kompletne, pełnowymiarowe, działające.
tak się złożyło, że nie nauczyłam się tkać, a nie mam na nie miejsca w domu. cena jest okazyjna, polecam.
szkoda mi je wyrzucać, mam nadzieję, że się komuś przysłużą.
kompletne, pełnowymiarowe, działające.
tak się złożyło, że nie nauczyłam się tkać, a nie mam na nie miejsca w domu. cena jest okazyjna, polecam.
szkoda mi je wyrzucać, mam nadzieję, że się komuś przysłużą.
niedziela, 14 sierpnia 2011
krosna. część 1
kupiłam krosna. w maju. na końcu świata, bo w Kostrzynie nad Odrą.
miałam je odebrać w czerwcu przy okazji turnieju w Międzyrzeczu - nie wyszło ze względów żylno-chorobowych. drugim podejściem była próba przewiezienia ich przez znajomych (tu chylę czoła przed Rybą) na grunwald - nie zmieściły się do busa.
więc w końcu sami ruszyliśmy w trasę.
pojechaliśmy po nie w piątek, zrobiliśmy prawie tysiąc kilometrów spędzając w samochodzie coś koło 17 godzin. wiem już, że się da pojechać pod granicę z Niemcami i wrócić za jednym razem. wiem też, że to nie jest do końca rozsądne i raczej nigdy w życiu nie będę chciała takiej epopei powtarzać.
wiem też, że mój pan mąż, który był naszym jedynym kierowcą jest wspaniały.
bałam się, że będą gigantyczne. są zaś niemal kompatybilne z samochodem, gdyby ramki udało się nam rozłożyć na deski spokojnie weszłyby do bagażnika. (ramki musiały jednak jechać na dachu). po złożeniu nie powinny przytłoczyć pokoju, w którym będą stały (a który miał być w planie naszą sypialnią - jak już mówiłam, mój pan mąż jest wspaniały - nie protestował przed zmianą planu zagospodarowania przestrzeni w mieszkaniu).
nie polecam mimo wszystko drogi krajowej numer 22 (choć ruch jest niewielki nawierzchnia jest fatalna).
chwilowo nabytek leży w piwnicy, w sobotę po południu, gdy już się wyspaliśmy, przenieśliśmy całość z garażu do domu. teraz muszę jeszcze tylko uprzątnąć przestrzeń w pokoju krośnianym i możemy przystąpić do składania ich w, mam nadzieję działającą, machinę. nie wiem czy są kompletne. pan Waldemar, od którego je kupilam, też nie był tego pewien. ale wyglądają zacnie bardzo.
na zdjęciach proces montowania ładunku na dachu (pan mąż i pan Waldemar) i szybki rzut oka do bagażnika.
miałam je odebrać w czerwcu przy okazji turnieju w Międzyrzeczu - nie wyszło ze względów żylno-chorobowych. drugim podejściem była próba przewiezienia ich przez znajomych (tu chylę czoła przed Rybą) na grunwald - nie zmieściły się do busa.
więc w końcu sami ruszyliśmy w trasę.
pojechaliśmy po nie w piątek, zrobiliśmy prawie tysiąc kilometrów spędzając w samochodzie coś koło 17 godzin. wiem już, że się da pojechać pod granicę z Niemcami i wrócić za jednym razem. wiem też, że to nie jest do końca rozsądne i raczej nigdy w życiu nie będę chciała takiej epopei powtarzać.
wiem też, że mój pan mąż, który był naszym jedynym kierowcą jest wspaniały.
bałam się, że będą gigantyczne. są zaś niemal kompatybilne z samochodem, gdyby ramki udało się nam rozłożyć na deski spokojnie weszłyby do bagażnika. (ramki musiały jednak jechać na dachu). po złożeniu nie powinny przytłoczyć pokoju, w którym będą stały (a który miał być w planie naszą sypialnią - jak już mówiłam, mój pan mąż jest wspaniały - nie protestował przed zmianą planu zagospodarowania przestrzeni w mieszkaniu).
nie polecam mimo wszystko drogi krajowej numer 22 (choć ruch jest niewielki nawierzchnia jest fatalna).
chwilowo nabytek leży w piwnicy, w sobotę po południu, gdy już się wyspaliśmy, przenieśliśmy całość z garażu do domu. teraz muszę jeszcze tylko uprzątnąć przestrzeń w pokoju krośnianym i możemy przystąpić do składania ich w, mam nadzieję działającą, machinę. nie wiem czy są kompletne. pan Waldemar, od którego je kupilam, też nie był tego pewien. ale wyglądają zacnie bardzo.
na zdjęciach proces montowania ładunku na dachu (pan mąż i pan Waldemar) i szybki rzut oka do bagażnika.
sobota, 7 sierpnia 2010
tkactwo. wyniki szperania w sieci i garść linków
skoro już przędę (a znowu sprzędłam trochę merynosa:] ) postanowiłam nauczyć się tkać. nie mam w tej dziedzinie żadnej wiedzy, nie mam też krosien. przyświeca mi jednak myśl o ręcznie tkanej wełnie na projekty rekonstrukcyjne.
poszperałam w sieci, najpierw w poszukiwaniu nauczycieli:
* znalazłam ofertę warsztatów tkania tkaniny tradycyjnej, bardzo kuszące:] jeśli tylko uda mi się zaoszczędzić odpowiedni fundusz wybiorę się na nie w tym roku:]
* na końcu świata, bowiem w okolicach Sandomierza (około 20 godzin -plus raczej, niźli minus 5- podróży pkp)działa Uniwersytet Ludowy Rzemiosła Artystycznego, gdzie prowadzone są kursy instruktorskie. Kolejne marzenie, na razie nie do spełnienia, ze względu na finanse, odległości i pracę zawodową. mam nadzieję, że kiedyś się uda.
* kurs bardziej osiągalny, bo w szkole policealnej. nie do końca o samym tkactwie, ale w sumie dość interesujący.
oraz narzędzi pracy:
* znalazłam również zakład stolarski, co najfajniejsze, w pobliżu mojego rodzinnego miasta, w którym powstają krosna! (majl z pytaniami czeka na odpowiedź). nie mam pojęcia gdzie mogłabym takie krosna postawić. w mieszkaniu się nie zmieszczą. jutro zatem idę mierzyć piwnicę:]
nie mogę natomiast znaleźć żadnej działającej w moich okolicach gręplarni.. przędzenie na kołowrotku z taśmy zupełnie mi nie wychodzi.
chodzi za mną jeszcze kilka rzeczy:]
Tilda nabiera kształtu, zabrakło mi jednak materiału wypychającego. muszę się przejść po poduszkę do jysk:]
poszperałam w sieci, najpierw w poszukiwaniu nauczycieli:
* znalazłam ofertę warsztatów tkania tkaniny tradycyjnej, bardzo kuszące:] jeśli tylko uda mi się zaoszczędzić odpowiedni fundusz wybiorę się na nie w tym roku:]
* na końcu świata, bowiem w okolicach Sandomierza (około 20 godzin -plus raczej, niźli minus 5- podróży pkp)działa Uniwersytet Ludowy Rzemiosła Artystycznego, gdzie prowadzone są kursy instruktorskie. Kolejne marzenie, na razie nie do spełnienia, ze względu na finanse, odległości i pracę zawodową. mam nadzieję, że kiedyś się uda.
* kurs bardziej osiągalny, bo w szkole policealnej. nie do końca o samym tkactwie, ale w sumie dość interesujący.
oraz narzędzi pracy:
* znalazłam również zakład stolarski, co najfajniejsze, w pobliżu mojego rodzinnego miasta, w którym powstają krosna! (majl z pytaniami czeka na odpowiedź). nie mam pojęcia gdzie mogłabym takie krosna postawić. w mieszkaniu się nie zmieszczą. jutro zatem idę mierzyć piwnicę:]
nie mogę natomiast znaleźć żadnej działającej w moich okolicach gręplarni.. przędzenie na kołowrotku z taśmy zupełnie mi nie wychodzi.
chodzi za mną jeszcze kilka rzeczy:]
Tilda nabiera kształtu, zabrakło mi jednak materiału wypychającego. muszę się przejść po poduszkę do jysk:]
Subskrybuj:
Posty (Atom)