poniedziałek, 22 sierpnia 2011

królik :]

tak na szybko, szybki królik



na specjalne zamówienie Pauliny:]

niedziela, 14 sierpnia 2011

krosna. część 1

kupiłam krosna. w maju. na końcu świata, bo w Kostrzynie nad Odrą.
miałam je odebrać w czerwcu przy okazji turnieju w Międzyrzeczu - nie wyszło ze względów żylno-chorobowych. drugim podejściem była próba przewiezienia ich przez znajomych (tu chylę czoła przed Rybą) na grunwald - nie zmieściły się do busa.
więc w końcu sami ruszyliśmy w trasę.
pojechaliśmy po nie w piątek, zrobiliśmy prawie tysiąc kilometrów spędzając w samochodzie coś koło 17 godzin. wiem już, że się da pojechać pod granicę z Niemcami i wrócić za jednym razem. wiem też, że to nie jest do końca rozsądne i raczej nigdy w życiu nie będę chciała takiej epopei powtarzać.
wiem też, że mój pan mąż, który był naszym jedynym kierowcą jest wspaniały.

bałam się, że będą gigantyczne. są zaś niemal kompatybilne z samochodem, gdyby ramki udało się nam rozłożyć na deski spokojnie weszłyby do bagażnika. (ramki musiały jednak jechać na dachu). po złożeniu nie powinny przytłoczyć pokoju, w którym będą stały (a który miał być w planie naszą sypialnią - jak już mówiłam, mój pan mąż jest wspaniały - nie protestował przed zmianą planu zagospodarowania przestrzeni w mieszkaniu).

nie polecam mimo wszystko drogi krajowej numer 22 (choć ruch jest niewielki nawierzchnia jest fatalna).

chwilowo nabytek leży w piwnicy, w sobotę po południu, gdy już się wyspaliśmy, przenieśliśmy całość z garażu do domu. teraz muszę jeszcze tylko uprzątnąć przestrzeń w  pokoju krośnianym i możemy przystąpić do składania ich w, mam nadzieję działającą, machinę. nie wiem czy są kompletne. pan Waldemar, od którego je kupilam, też nie był tego pewien. ale wyglądają zacnie bardzo.




na zdjęciach proces montowania ładunku na dachu (pan mąż i pan Waldemar) i szybki rzut oka do bagażnika.

sobota, 13 sierpnia 2011

wakacje 2011

juhu, wrócilim z wakacji:]
co prawda, nie pojechaliśmy na Visby, ale i tak było fantastycznie. wyruszyliśmy do Zakopanego, przez Warszawę i Kraków. a że pkp robiło nam dość potężne problemy z przejazdami postanowiliśmy dać zarobić pll lot. lot był uroczy, trwał jakieś 20 minut i nie zdążyłam nawet przeczytać gazety:]

zakopane, jak zawsze strasznie zatłoczone. za to góry jak zawsze fantastyczne.

z Hali Gąsienicowej

z Kasprowego

udało się nam pieszo zdobyć Kasprowy i odbyć genialną wycieczkę dolinami pod hasłem "droga biegnie wciąż w przód i w przód"
szlak na Kasprowy momentami przypominał Krupówki, ale i tak było pięknie.

w drodze na Kasprowy

po drodze udało nam sie nawet strzelić sobie słit focię:]

słit focia


po tygodniu w górach wpadliśmy jeszcze na chwilę do Krakowa. Kraków, jak zawsze, zachwycający:]

jak Kraków, to koniki

i moje nowe ukochane miejsce - sklep z misiami:]
nadal istnieje bar mleczny na przeciwko kościoła św. Andrzeja na starówce, w którym ostatni raz byłam jakieś piętnaście lat temu. (swoją drogą, wow jak ten czas leci). zwiedzanie Wieliczki odbywało się chyba szybciej niż to pamiętam z ostatniej wizyty. centrum manghha interesujące wielce. starówka genialna. polecam pijalnię Wedla, dzielnie pracowałam tam na moja cukrzycę:]

z rzeczy bardziej przydatnych - polecam z czystym sercem hostele sieci Moon Hostel - dobre ceny i fantastyczna obsługa. a lokalizacja (przynajmniej tego w Warszawie i Krakowie (Hostel Plus) jeszcze lepsze). nie do końca natomiast jestem zadowolona z pensjonatu U Drwala w Zakopcu, ostatnio udało mi się znaleźć lepsze miejsce do spania. 

i jak co roku, urlop był za krótki.