Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o wszystkim i niczym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o wszystkim i niczym. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

znowu się uczę i już nawet nie czytam normalnych książek

trochę podziergałam lalkowo, wyrzeźbiłam też ludzką w rozmiarze chustę z zacnej mieszanki Secret Garden scheepjes. fajna wyszła, ciepła i ciężka i całkiem spora. czekam na możliwość spotkania z Dżoaną, co by jej zdjęcia zrobić. nie udało mi się w tym roku pojechać na rocznicowy zjazd lalkowy, szkoda trochę.
dużo szkoły i dużo pracy. zmęczonam.





lalkowo dziergam głównie gail. bo dobrze się wzór modyfikuje wielkością ładnie wykańcza wszystkie resztki estońskich moich wełen. od czasu do czasu dew drops, z litewskiej cienizny (dwa tygodnie na drutach 0.75 mm)

środa, 26 sierpnia 2015

Medveduska

poprawiłam sobie nastrój zakupami na etsy. a co tam.
zachwyciłam się mini-misiami i innymi stworzonkami robionymi przez Medveduskę, napisałam majla, pokonwersowałyśmy sobie bardzo miło (serio, to tak urocza osoba!)i w ciągu kilku dni (serio, tak szybko) dostałam paczkę z zestawem DIY.
dostałam kilka prezentów (co zawsze jest bardzo miłe) i gdy tylko wydrukuję sobie wzór wezmę się do pracy nad mini-misiem i mini-królikiem :)

pierwszy raz robię arrival paczki :)










wtorek, 11 sierpnia 2015

update

jest sierpień, jestem po miesiącu pracy w bankowości/IT i wiem, że to nie dla mnie. zdecydowanie nie.  szkoda trochę, gdyż zabezpieczenie socjalne i pieniądze są niezłe, ale nie ma sensu się męczyć. 
znaczy się szukam pracy. znowu (byt zapewniony do końca września)

środa, 25 lutego 2015

takie tam

źle się dzieje w państwie duńskim...

ale przynajmniej się dzierga. dużo się dzierga, bo za chwilę zjazd dollfowy we stolicy. i kolejne dollfowe miłości na horyzoncie, a w skarbonce zieje pustką.

astma się zaostrzyła, ciężko oddychać

piątek, 19 grudnia 2014

12 czapek

spóźniona przyłączam się wyzwania :)

chwilowo druty mam rozgrzane do czerwoności (kończę milion projektów), ale mam cichą nadzieję nadgonić wyzwanie.

szczegóły wszelkie są tu: (klik)


czwartek, 17 lipca 2014

powiedzmy, że Medieval w pracy

impreza grunwaldzka w pracy.
od Grunwu się nie ucieknie, mimo, że nie jeździmy od pamiętnego rocznicowego.
zatem mroczyłam w starożytnej kiecy, w którą ku memu wielkiemu zdziwieniu jeszcze się mieszczę :), i równie starożytnym mężowskim mieczem.  

samozwańcza, bibliotekarska Joanna d"Arc. lol.

impreza wyszła zadziwiająco dobrze.
i co najstraszniejsze, mam ochotę na jakąś historyczną imprezę (co wiązałoby się z ciężkim i intensywnym szyciem, gdyż już praktycznie nie mamy ciuchów). dylematy, dylematy

niedziela, 13 lipca 2014

żyję

ponieważ mamy bardzo duże plany na przyszłoroczne wakacje bardzo dużo pracuję, żeby im podołać od strony finansowej.
stąd mało mam czasu ma cokolwiek.

w telegraficznym skrócie: uczę się frywolitkować, dziegam pomału zielona chustę i mam plany na dziergane prezenty gwiazdkowe, zatem pracy dziewiarskiej również sporo.
udało mi się natomiast skończyć mężowski sweter z nepala. od dwóch czy trzech miesięcy czeka na szycie :P

niedziela, 9 marca 2014

wydziergane i ogródek

skończyłam Graya! w końcu i nareszcie. tylko zblokować go trzeba porządnie i już :)





spory wyszedł, oczywiście rozpędziłam się zbytnio nabierając oczka. ostatecznie mamy 70 x 250 cm. 

drops kid-silk, 4 kłębki, KP 4.0.

machnęłam też komin, z pięknej, ręcznie sprzędzionej i ufarbowanej wełny (wełna owcza, jagnięca i moher). przećwiczyłam sobie przy okazji jodełkę na drutach i dochodzę do wniosku, że to jeden z moich ulubionych ściegów. 



w rzeczywistości kolor jest zdecydowanie ładniejszy. bardziej w szmaragdy. 

20 x 240 cm, KP 4.5


oba na etsach.

z innych historii łażę na siłownię i nawet mi się podoba. A że przy treningach potrzeba białka, a białko jest między innymi w kiełkach, hoduję kiełki w słoiku. jedną partie jużem zdążyła spożyć, druga się robi.



nie wyglądają może zbyt zachęcająco, ale za dwa-trzy dni ziarenka zamienią się w kiełki i szczelnie wypełnią słoik. rzodkiewka to jest :) zaczęłam uprawy parapetowe, bardzo prymitywne:


oraz troszkę oszukane - bo sałaty kupne w doniczce, jeno przesadzone do skrzynki dla dalszego wzrostu. za chwile również zacznę kiełkowania w szklarenkach, w tym sezonie będzie znacznie więcej :)


ze złych wieści, popsuły mi się płucka. długa historia, wygląda na to, że będziemy musieli definitywnie pożegnać się z chlewikiem.

piątek, 17 stycznia 2014

wzium :)

no i się doturlałam do nowego roku. i nawet zdążyłam zaliczyć pierwszą przecenę (znaczy przekroczyłam smugę cienia, trójka z przodu i te sprawy).
koniec roku dał mi w kość dość mocno, dwie prace przez dwa miesiące były mocno obciążające. L4 nad którym się zastanawiałam w końcu nie wzięłam, dzielnie turlałam się do obu prac, dzielnie wyrabiałam normy sprzedażowe i nic z tego tak na prawdę nie wynikło. ale mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, nie zna życia, kto nie robił w handlu.  (połowę tego co zarobiłam w drugiej pracy wydałam już nędznie na Ozziego, a miało być na Camino).
na drutach dzieje się znowu dużo - w tym roku udało mi się skończyć prezent Marzenki o czasie!, a poza tym mam kilka niedokończonych projektów. Grey pana męża ma szansę się zakończyć, szaliczek w rainbowa zrobiony (w międzyczasie powstały jeszcze trzy, już mają nowych właścicieli), moja color affection w połowie (plus już mam włóczkę na następną), szary estończyk niedługo będzie obchodził rocznicę dziergania (ale może go skończę) i mam jeszcze prawie prawie skończony szmaragd z ręcznie farbowanej/przędzionej mięsistej włóczki z moherem.
w kłębkach czeka holst na szal dla mamy, moja arucania od pana męża na chustę, malabrigo sock jeszcze nie wiem na co, no i kupiony okazyjnie tweed rowana (też nie wiem na co).
zdjęcia będą myślę jutro :)

wyzwanie czytelnicze zakończyłam na 30 pozycjach, w tym roku na liczniku mam już 2. zobaczymy czy uda mi się poprawić rekord (do śledzenia w kartach powyżej).

tymczasem mamy nowych domowników. do naszego Siwego (pan świnka) dołączyli chłopcy-laboranci-tymczasy. jeden zostaje na stałe, drugi idzie niedługo do adopcji. (bo się zaczęłam w stowarzyszeniu świnkowym udzielać).


nowy świnek na zdjęciu - Strzałka. samiec, polabo, obecnie w trakcie leczenia, ale idzie ku dobremu.

druciarskie zdjęcia też będą, żeby nie było :)

środa, 27 listopada 2013

w pierścieniu ognia

nie mogło być pięknie (skoro ogarniam dwie prace i sprawia mi to radość) coś się musiało pokrzaczyć. i się pokrzaczyło dziś rano, gdy turlając się do pracy nr 2 spadłam z krawężnika (niebotyczne 10 cm) i skręciłam kostkę. radośnie podreptałam do roboty, odstałam swoje za pultem (niczym żena) i zaliczyłam wizytę na izbie przyjęć. jak to na izbie, nikomu się nie spieszyło, pan ortopeda mnie obmacał (całe 7 sekund) i orzekł, że owszem skręcona jest kostka moja, ale generalnie to nic mi nie jest. (a boli i spuchła). i mam teraz zagwozdkę co by tu uczynić. truptać do prac nr 1 i 2 czy kopnąć się do POZu po L4?

zaliczyłam również kino z mamą.
i zapatrzyłam się na dziergadełka z Igrzysk Śmierci, części drugiej.


zdjęcie z internetów. i nawet włóczkę mam, i druty grube. aż sobie poeksperymentuję :)

niedziela, 24 listopada 2013

czasu mało

czasu mało, pracy bardzo dużo. ciągnę drugi etat (a raczej 3/4 etatu) i nie mam czasu na nic. jeść, spać, do pracy i tak do końca grudnia.
co nieco się dzierga, nowa praca ogarnięta, dodatkowa praca całkiem znośna (empik) i jakoś idzie.

sobota, 24 sierpnia 2013

Kudypy

od kilku lat obiecywaliśmy sobie wyprawę do arboretum w Kudypach. w końcu to tylko kilka kilometrów za miastem i nawet zwykłe autobusy tam dojeżdżają. tylko jakoś tak nigdy nie było nam po drodze.


budynek administracji. jest przepiękny i jeśli kiedykolwiek mielibyśmy budować dom, chcemy żeby wyglądał podobnie do tego. nic udziwnionego. 



a samo arboretum jest fajne. dużo dużo rozmaitych roślin. wiosną, gdy wszystko kwitnie, musi być tam szalenie ładnie. (mamy dziki plan wybrać się znowu na wiosnę, gdy zakwitną magnolie).


dziewięćsił bezłodygowy.

i moje zabawy aparatem. nie jestem mistrzem fotografii i raczej nie zostanę nim jeszcze długo :]


poziomki!

sobota, 17 sierpnia 2013

tymczasem na drutach i na balkonie

dzieje się:]
znowu mam wenę i chęć, więc na drutach kilka projektów jednocześnie :) yay!

dewberry, malabrigo sock, chusta sweet dreams. na prezent, oczywiście zabrakło mi włóczki na kilka ostatnich rzędów (partię koronki powtórzyłam dwa razy).

i mój szary estończyk z dropsowego kid silka. 3 motki poszły na część główną, teraz na drutach mam 600 oczek bordiury (nadal nie mam pewności czy dobrze policzyłam ilość oczek).

na drutach mam jeszcze mężowski sweter in grey, z dropsowego nepala. podejście czwarte, ale liczę, że tym razem już ostatnie : )

pozazdrościłam blogerkom ogródków na balkonie. a że mam do dyspozycji dwa spore balkony, do tej pory niewykorzystywane właściwie w ogóle, postanowiłam zadziałać co nieco.


doniczka z tajemniczymi nasionkami od Eli. nie mam pojęcia, co z nich wyrośnie.


 lawenda. krzaczek kupiony w Obi, ma się nieźle. bo lubię.


pak-czoi. ślicznie i bardzo szybko wykiełkowała, rośnie bardzo zacnie.


bazylia cytrynowa. mimo upałów trzyma się nieźle.

jak na razie bardzo skromnie, dość późno zaczęłam balkonowe uprawy w tym roku. w następnym sezonie obiecuję sobie poszaleć z warzywami i większą ilością ziół. już się cieszę na własne pomidory :)

czwartek, 15 sierpnia 2013

mój pan mąż jest kochany

jak w tytule. :]

sam, z własnej nieprzymuszonej woli zabrał mnie do sklepu włóczkowego w Krakowie.


o tu :) i mogłam zaszaleć :]
teraz juz wiem, jak czuje się pan Mąż w sklepach z planszówkami. tyle dobra dookoła, wszystko piękne i na co tu się zdecydować? wielka zaletą sklepu jest możliwość pomacania włoczek. (a tanie niestety nie są, więc zawsze to miło sprawdzić łapkami czy miękkie, i połyskliwe i w ogóle jakie są). dzięki temu odkryłam, że nie każde malabrigo mi się podoba .




po wielu minutach oglądania w końcu udało mi się zdecydować.



Botany Lace. nie mam jeszcze pojęcia co z nich będzie, ale zgodnie z obietnicą, będzie to tylko dla mnie. (kolor w rzeczywistości jest zupełnie inny. szary melanż z przetarciami w bordo i fiolecie)
Zatem, mówiłam już, że mam najwspanialszego męża na świecie?

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

dawno mnie nie było

od wyjazdu na Hainekena trochę się porobiło i mam kilka zaległych postów, sukcesywnie je powrzucam.
nadal rozbijamy się festiwalowo, sporo się dzieje na drutach, trochę się dzieje również na balkonie:] po drodze robiłam również redakcję i korektę tekstów o teorii tańca. nigdy nie sądziłam, że notatki z wykładów z teorii językoznawczych jeszcze kiedyś mi się przydadzą.

nowa praca wydaje się już obłaskawiona, i już zaczyna mi powoli powszednieć. na pewno nie jest to moja ostatnia ostateczna praca ^^

właśnie wróciliśmy z coke festival w Krakowie (mimo, że obiecaliśmy sobie, że w tym roku do Krakówka się nie będziemy wybierać). ale Flo. a ja się jaram Flo, jak trawa na wiosnę.

pit stop w stolicy, jak zawsze na głowie Eli i Andrzeja. Naszym przyjaciołom powiększyła się ostatnio rodzina o dwóch, przecudnej urody chłopaków.


Dżersej i Louis, Sinkoty. Adoptowane dzięki akcji SinClubu. same słodkości, miauczące, bawiące się i w ogóle kochane.

spędziliśmy z nimi jeden wieczór i jeden poranek najgorętszego dnia tego lata, i jak zawsze w towarzystwie Kuny i TŻeta jej było nam szczególnie zacnie.

ruszyliśmy w drogę Polskim Busem (niezmiennie uwielbiam) i PKP (nie najgorzej). wśród stada dziewoi upstrzonych brokatem i w wiankach na głowach, czuliśmy się nieco nie na miejscu. takiego tłumu na peronie dawnom już nie doświadczyła.
Kraków, jak zawsze magiczny. mimo, że upał, mimo że nie było czym oddychać, mimo tłumu wszędzie. mieszkaliśmy tym razem na Kazimierzu, w ulubionym Moon Hostelu.

Coke Festival - taki mniejszy HOF. podobne rozwiązania logistyczne, smyczki i plany koncertów w dodatku do opasek. i festiwalowe autobusy również, aczkolwiek nieco gorzej zaplanowane niźli w Gdyni.
dwie sceny,niezłe nagłośnienie, niezły line-up. Biffy Clyro i Florence. Ogień. przezacne koncerty.



tym razem zrobiliśmy sobie leniwy Kraków, bez zwiedzania, za to z małymi wizytami w ulubionych miejscach. Obiad w Gruzińskim Chaczapuri , deser w pijalni Wedla na Rynku i najlepsze na świecie lody na Starowiślnej (na przeciwko hostelu!). plus nocna wyprawa tramwajem i spacery po Rynku.
małe-duże zakupy w likwidowanym empiku i do domu.

to był dobry weekend.

czwartek, 6 czerwca 2013

impact

"Jest coś perwersyjnego w Niemcach, śpiewających w Warszawie o maszerowaniu" - cytat z Pana Męża.

Rammstein!

pierwszy dzień festiwalu był fantastyczny. mimo deszczu/burz/gradobicia i mega zimna. i najdroższej chyba w naszym życiu herbaty wybawiliśmy się świetnie.